Lübbenau – miasto partnerskie Pniew

Tegoroczny cel naszej corocznej wyprawy w tym roku jest Lübbenau w Niemczech, miasto partnerskie Pniew. Po raz pierwszy nasza trasa była pętlą – dotychczas był cel, potem powrót z kołami na kołach, zazwyczaj pociągiem. A po raz który ruszamy na taką wielką wyprawę Odjechanych? – jeśli dobrze liczymy to nawet ósmy. Może czas już jakoś ją nazwać jako coroczną „imprezę”? Propozycje możecie wpisywać w komentarzach 🙂

Dzisiaj przed nami 170 kilometrów, meta etapu zaplanowana w Łęknicy, nad Nysą Łużycką. Drugiego dnia dotrzemy do Lübbenau, a miejsce noclegu z drodze powrotnej będzie w Drzecinie.

Na zdjęciu trzech uczestników na jednej z kilku ostatnich odpraw – bo jednej wspólnej nie organizowaliśmy. Startuje nas 18, większość z Pniew, a wśród tej większości większość oczywiście z Odjechanych. Ale są też uczestnicy z Warszawy i Poznania, więc wspólne zdjęcie dopiero sobie strzelimy. Za kwadrans.

Mamy nadzieję, że będziecie trochę czekać na nasze meldunki, bo podobnie jak w ostatnich latach, postaramy się na bieżąco relacjonować swoją wyprawę przy pisarskim wsparciu Macieja Fligera (Scripta Manent), z którym będziemy na łączach. Medialnie wspierają nas oczywiście Wirtualne Pniewy. O sponsorach napiszemy, już teraz kłaniamy im się w pas.

Jeśli wcześnie rano na rynku w Pniewach zbierają się ludzie na rowerach, to na bank są to Odjechani.

Jeśli to jest przed piątą rano, a ekipa wygląda na przygotowaną do poważnej eskapady, to zapewne jadą na doroczny wypad na koniec Polski, albo i za granicę. W tym roku – przypomnijmy – celem jest Lübbenau w Niemczech, miasto partnerskie Pniew.


Jeśli wśród cyklistów płci męskiej jest jakaś młoda kobieta, to na pewno Samanta Ziętek. W tym roku kolejny raz jedyna w naszym gronie.


Jeśli któryś z kolarzy jest czymś zaskoczony, to bardzo prawdopodobne, że tym, iż tuż przed odjazdem na starcie miłą niespodziankę swoją obecnością sprawiła mu żona. Ten kolarz musi mieć na imię Tomasz, bo w ubiegłym roku niespodzianka spotkała jednego Tomka, a w tym – dwóch kolejnych.


I może tyle o prawidłowościach, a teraz o dzisiejszej trasie i jednym pechu. Przemkowi Krajewskiemu pękła felga i do Łęknicy dojechał okazją. Oczywiście, pojawił się podstawowy problem, jak jechać dalej. I tutaj kolejny raz w sukurs przyszli ci, którzy jechać w całą tę trasę nie mogli, ale o świcie też, niczym one Tomaszowe Penelopy, żegnali kumpli. Olek Zaporowski, który nakręcił film, jaki udostępniliśmy rano na fanpage’u Odjechanych oraz Szymon Kowalewicz, który towarzyszył kolegom na początku tego etapu. Obaj poinformowani telefonicznie o problemie, gotowi byli udostępnić swoje sprawne jednoślady, można było robić wyliczankę. Chłopaki, dziękujemy! Ostatecznie rower Olka dostarczył Przemkowi jego szwagier. Aktualnie towarzyszy naszej ekipie w Łęknicy na grillu.


Dzisiejsza trasa to przede wszystkim trudna wysoka temperatura i więcej kilometrów niż zakładaliśmy (ostatecznie – 183). Na mecie etapu zjawiliśmy się o godzinie 19.


Lübbenau już jutro, bo – jak niektórzy być może czytali – tym razem robimy pętlę i do Pniew wracamy na rowerach. Cztery dni na które czekaliśmy cały rok. Więcej o naszym wypadzie w kolejnych relacjach. Zaglądajcie na naszą stronę. Obiecujemy bardziej optymistyczne zdjęcia 
😉

Dzisiaj przemierzyliśmy Łużyce, krainę historyczną na pograniczu polsko-niemieckim, którą – jak mówią – stworzył Bóg, ale diabeł zakopał tu węgiel. Start jak i meta dzisiejszego etapu to malownicze miejscowości nad rzekami (Łęknica nad Nysą Łużycką, Lübbenau nad Sprewą), a trasa wiodła między innymi geościeżką, terenami, pod którymi wciąż pewnie tkwią złoża węgla. Widoki – boskie, a diabelski na trasie był tylko Most Rakoczego w Kromlau. Nazywają go tak, bo podobno taki niecodzienny kształt nadać mógł tylko diabeł. I to by było tyle o niebie i piekle, wracamy do naszego ziemskiego rajdu, chociaż dla nas zawsze będzie on w jakiś sposób nieziemski. Jak co roku spędzamy cztery dni na długiej eskapadzie, a ten meldunek jest z dnia drugiego.

Nocowaliśmy w pięknym ośrodku wypoczynkowym, z wypożyczalnią sprzętu wodnego. Po siódmej pożegnaliśmy się z sympatycznymi gospodarzami i ruszyliśmy w drogę. Tym razem nie spieszyliśmy się bardzo, bo etap nie był długi (96 kilometrów), a po drodze naprawdę było co podziwiać. Przy geościeżce wdrapaliśmy się na wysoką wieżę obserwacyjną, by obejrzeć z góry między innymi wielokolorowe jezioro zwane „Afryką” – powstałe w wyrobisku po kopalni Babina.

Pierwsza część tego etapu wiodła w ogóle pięknymi terenami, poznaliśmy kolejne znane-nieznane miejsce na pograniczu – Park Mużakowski, wpisany na Listę światowego dziedzictwa UNESCO. Wjechaliśmy na teren Niemiec. Jako miłośnicy turystyki kolarskiej możemy tylko zazdrościć sąsiadom dróg tylko dla rowerów – wiodło nimi jakieś 80 procent naszej trasy do Lübbenau.

Zaraz za granicą zatrzymaliśmy się na kawę i ciastko, zdziwiły nas wszechobecne w tym mieście emblematy klubowe i jednocześnie nieco wyludnione miasto. Okazało się, że znana kiedyś Energie Cottbus wywalczyła sobie niedawno awans i wielu mieszkańców świętuje go na trwającym ostatnim ligowym meczu. Trochę się zdziwiliśmy, że ten powód do radości w 100-tysięcznym Chociebużu to promocja z piłkarskiej czwartej klasy rozgrywkowej do trzeciej.

Do Lübbenau dotarliśmy ścieżką wiodącą wzdłuż jednego z kanałów okalających miasto. Znów wśród kajaków, bo pogoda sprzyjała dzisiaj wszelkiej turystyce, w dorzeczu Odry, i Łaby. Na miejscu – na kwaterach, które wynajęliśmy już wcześniej pokierowani przez władze tego zaprzyjaźnionego z Pniewami miasta – byliśmy około godziny 17. Jutro powrót – nieco inną drogą.

Wiemy, że wczoraj przejęliście się felgą Przemka, dzisiaj musimy donieść o uszkodzeniu manetki w rowerze Macieja Nizio. Nie pierwszy raz doceniamy wsparcie ze strony Serwisu Rowerowego Michała Gryki. Michał otworzył sklep przy niedzieli, a Olek Zaporowski (Brudna Robota – jeden ze sponsorów wyjazdu), który tyle co użyczył jednemu z nas swój rower, przywiózł nam dzisiaj potrzebną część na nocleg. Siłą powodzenia naszych eskapad pozostają serdeczne znajomości – także z tymi, którzy nie mogą towarzyszyć nam na samej trasie.

 

Tegoroczny wyjazd wspierają także Ekologi Team, Tomasz Szubczyński, Karl Knauer, Postęp, Garnek Zdrowia i Pniewska Weranda. Dziękujemy!

Trzeci słoneczny dzień w trasie i chociaż bywa naprawdę bardzo gorąco, jak dzisiaj, to nie narzekamy. Wolimy, jak to nazywają sprawozdawcy sportowi, uzupełniać płyny (czyt. pić) i korzystać z okazji do kąpieli. Dziś na trasie okazję znaleźliśmy nad jeziorem Müllroser. 105 kilometrów zajęło nam 5,5 godziny jazdy netto, a brutto… no, trochę więcej 😉

Lübbenau, gdzie dzisiaj nocowaliśmy było celem naszej dorocznej wyprawy rowerowej – o tyle innej od tych z lat poprzednich (to dla tych, którzy dopiero włączyli odbiorniki), że cel jest dopiero półmetkiem, bo robimy pętle i do Pniew też wracamy na dwóch kółkach. A właściwie na trzydziestu sześciu. Przyjaźnie kolarskie sprawiają, że są wśród nas i warszawiacy, ale większość to jak co roku mieszkańcy Pniew. Lübbenau jest jednym z miast partnerskich naszej gminy, która wspiera Odjechanych – i również okazało się nam życzliwe. Elisabeth Jente z tutejszego magistratu najpierw pomogła nam w logistyce, a dzisiaj, wspólnie z wiceburmistrzem, ugościła nas śniadaniem w restauracji przy ratuszu.

Chcieliśmy podszlifować niemiecki, ale… nie trzeba było, za sprawą jednego z tutejszych urzędników. W 16-tysięcznym Lübbenau mieszka około 600 Polaków, więc o tłumacza nie było wcale trudno. Po porannym posiłku przez godzinę opowiadano nam ciekawie o mieście, jego historii, teraźniejszości i okolicach.

 

Trasa, oprócz tego, że w skwarze, była raczej płaska i komfortowa, bo podobnie jak wczoraj, korzystaliśmy w większości ze ścieżek rowerowych. Nocujemy znów w Polsce – w Drzecinie koło Słubic. Jutro finiszujemy w Pniewach – czas jak zawsze minął w podróży bardzo szybko…

To nasz 530 kilometr. Finiszujemy, gdzie zaczynaliśmy cztery dni temu – z przygotowywanym przez wiele godzin sprzętem i ekwipunkiem, z wyprawką w postaci batonów energetycznych i chałwy, ufundowanych dla całej ekipy przez Huberta (Poradnictwo Żywieniowe – polecamy!), a także z drobnymi obawami, bo coroczna kilkudniowa wyprawa to zawsze wyzwanie i przede wszystkim sprawdzian naszej wytrzymałości.

Daliśmy radę! Na pniewski rynek wracamy w komplecie – całą osiemnastką. Zakończeniu wyprawy do Lubbenau i z powrotem towarzyszy przede wszystkim radość z osiągnięcia celu, wypełnienia stu procent planu. Inne odczucia to zmęczenie, bo dni – także ten ostatni – były bardzo upalne, żal, że już koniec i radość, bo to fantastyczne uczucie, gdy po część uczestników wychodzą rodziny. Na mecie kawą sałatką i deserem podjęła nas Pniewska Weranda (polecamy, oczywiście!). W ogródku kawiarni za sprawą kilkorga dzieci, które cieszyły się na powrót widokiem tatusiów, panowała sielska, piknikowa atmosfera.

Ostatniego etapu nie możemy nazwać ostatnią prostą, bo aż tak znowu prosto nie było. Trasę z kierunku Słubic, a dokładnie z Drzecina, większość z nas dobrze zna, ale z perspektywy rozpędzonego roweru takie widoki zawsze podziwia się na nowo. Zakręty, przewyższenia, uliczki Sulęcina, Międzyrzecza oraz Pszczewa, gdzie zrobiliśmy sobie ostatni postój.

Już na rogatkach Pniew wita nas medialnie patronujący przedsięwzięciu Robert Poczekaj z Wirtualnych Pniew. Jeszcze tyko „runda honorowa” i… pożegnania nadszedł czas.

Dziękujemy naszym sponsorom (oprócz wymienionych wyżej – Ekologi Team, Tomasz Szuczyński, Brudna Robota, Karl Knauer i Postęp), życzliwym gminom Pniewy i Lübbenau, kolegom z klubu Odjechani-Team PL, którzy dojeżdżali do nas z częściami zamiennymi do rowerów, a nawet z zamiennym rowerem. Wspierającym nas z oddali rodzinom i wszystkim fanom obserwującym nas na Facebooku. Wiemy, że udana wyprawa to wspólny sukces całej naszej ekipy, ale podsumowując go, chcemy szczególnie podziękować Karolowi, który nie przypadkiem już pierwszego dnia otrzymał od nas koszulkę „Kierownik wycieczki”.

 

W „Werandzie” Karol snuł już ambitne plany wyprawy za rok. Zgadujcie, dokąd pojedziemy 🙂