Zakończył się cykl imprez Pucharu Polski w Ultramaratonach Kolarskich. Były to kolejno : Piękny Wschód – 510 km, Piękny Zachód – 545 km, Pierścień Tysiąca Jezior – 610 km i najdłuższy BBT – 1008 km.

Wszystkie 4 imprezy wchodzące w skład cyklu ukończyli dwaj członkowie Stowarzyszenia Odjechanii Team.

Piotr Klamecki zajął  ostatecznie 11 miejsce ( 10 w kategorii męskiej i za to otrzymał puchar).

Jan Parzybut zajął 25 miejsce

Zwieńczeniem całego cyklu był najdłuższy wspomniany maraton BBT1008, Faktycznie maraton miał 1028 km , zaczynał się na Promie w Świnoujściu a kończył w Ustrzykach górnych.

Skrót do relacji telewizyjnej

https://fakty.tvn24.pl/fakty-po-poludniu,96/ruszyl-kolarski-maraton-baltyk-bieszczady-tour,863727.html

Oto krótka relacja uczestników:

Piotr Klamecki:

BBT 1008 moje małe marzenie. Do tego wyścigu przygotowywałem się od 2 lata. Początkowo sądziłem że to nie realne, że takie ultra maratony mogą ukończyć jedynie ludzie uprawiający od kilkunastu lat wyczynowo sport, lecz po spróbowaniu i przejechaniu pieszego swego ultra ( dystans 615 km ) stwierdziłem że wszystko jest możliwe tylko kwestia czasu i ciężkiej pracy by to osiągnąć. Dwudziesty czwarty sierpnia godzina 8,00 ruszam w pieszej grupie wśród najlepszych kolarzy zajmujących czołowe miejsca w Pucharze Polski w Ultramaratonach. Pierwsze kilometry, bardzo wysokie tempo jazdy, prędkości około 40 km na godz ale jest płasko i utrzymuje się z reszta grupy składającej się z 6 osób. Kilka kilometrów przed pieszym punktem kontrolnym grupa podzieliła się, mocniejsi wraz z dwoma kolarzami którzy nas dogonili z wcześniejszej grupy pojechali do przodu a ja  z 2 kolegami zostałem z tyłu. Na punkt kontrolny znajdujący się na 78 km dojeżdżam o 10,14. Szybkie uzupełnienie bidonów, drożdżówka + banan i dalej w drogę. Odcinek do kolejnego punktu pokonuję w równym ale szybkim tempie w zespole 3 osobowym. Kilometr 130 drugi punkt kontrolny. Doganiają nas zawodnicy później startujący, łączymy się w większa grupę i w 6 osób ruszamy w dalszą drogę. Pogoda sprzyja, lekki wiatr w plecy, temperatura nie za wysoka, kilometry przemnażamy w szybkim tempie. Równa praca wszystkich zawodników w naszym zespole przyczyna się uzyskiwania wysokich prędkości ciągle ponad 30 km na  godz. Mijamy kolejne punkty kontrolne: Piła, Nakło, Solec Kujawski. Zaczyna się robić ciemno i chłodniej, ubieram się cieplej w bluzę i nogawki które wiozłem razem z sobą na rowerze. W okolicach Torunia zaczyna padać deszcz, ale cóż trzeba jechać. Po przemoknięci odczuwam lekki bul prawego kolana. Muszę wytrzymać to tylko około 600 km i meta. Dam radę. Skład mojej grupy pozostawał bez zmian, wspólne wzdłuż Wisły zmierzaliśmy w szybkim tempie na wschód. Deszcz ustał, blask księżyca odbijał się od tafli wody w rzece, ból kolana ustąpił. Dojeżdżamy do punktu kontrolnego, później następnego. Nastaje świt słonce wita nas swymi promieniami. Mój mały kryzys prze Starachowicami. Grupa podzieliła się, niektórzy pojechali do przodu inni odpoczywają w poprzednim punkcie kontrolnym a ja walczę sam. Patrzę na GPS i jeszcze 20 km. Zmęczenie , poranna senność i na dodatek kolano które postanowiło o sobie przypomnieć. Niewielkie wzniesienia utrudniają jazdę i jeszcze zaczyna lekko padać. Godzina 9,30 docieram do Starachowic, 12 punkt kontrolny, kilometr 700. Morale moje nie najlepsze . Zjadam ciepły posiłek i w myślach kalkuluje : 700 km przejechałem w 25 godzin i 30 minut, jest to bardzo dobry wynik, ustanowiłem swój nowy rekord dobowy 665 km, pozostało 300 km jeśli będę pokonywał 100 km w 5 godzin bo teraz zaczną się góry to 15 godz + odpoczynki i meta. Powinienem w 45 godzin się zmieścić. A z drugiej strony jestem zmęczony, kolano bardziej boli, deszcz coraz mocniej pada. Nie jadę, chce mi się spać nie dam rady bez snu jechać dalej. Po około 2 godzinach drzemki wstaję. Pogoda pogorszyła się , 8 stopni i ciągle pada. Ktoś mówi że tak ma być do końca dnia. Ciężko się zmotywować by  ruszyć dalej. Wypiłem kolejną ciepła herbatkę i postanawiam przeczekać deszcze lecz kolega Andrzej z którym jechałem wcześniej w grupie namawia mnie i ruszamy w dalszą drogę. Do kolejnego punkt kontrolnego tylko 55 km. Pada, zimno, wszystko zaczyna boleć, ale jadę i tu dla mnie tak naprawdę zaczyna się moje ultra. Tempo bardziej spacerowe niż wyścigowe, pofałdowany teren.  Następny punkt kontrolny kilometr 755. Zjadam ciepły posiłek, trzęsę się z zimna okrywam się kocem, przemoknięty. I jak tu jechać ?? Czym więcej przebywam  w ciepłym pomieszczeniu tym trudniej się podnieść wyjść i ruszyć dalej. Ale muszę i wyruszam wraz z Andrzejem i jeszcze z nami Pani Ewa. Pokonujemy kolejne kilometry. Po przekroczeniu Wisły zaczyna poprawiać się pogoda, przestaje padać, jakby trochę cieplej. Przychodzi noc, jedziemy spokojnym równym wolnym tempem, powoli do celu. Przeliczam w myślach ile do mety, straciłem dużo czasu ale może w 48 godzin dam radę. Do bólu kolan przyzwyczaiłem się, nie jest już tak uciążliwy, ale zaczynam odczuwać mięśnie karku. Staram się jechać w pozycji jak najbardziej pionowej. Szyja coraz bardziej daje o sobie znać, nie mogę odchylić głowy do tyłu. Mam ograniczoną widoczność bo nie mogę spojrzeć w przód tylko widzę  swoje koło i 2 metry przed. Jest coraz gorzej. Na większych podjazdach schodzę z roweru i idę pieszo. Wyprzedzający mnie kolarze w formie anegdoty mówią: Wsiadaj na rower pieszo do jutra do mety nie zdążysz dotrzeć, a ja mam sztywny kark i nie mogę ruszać głowa. Z górek zjeżdżam stojąc na pedałach gdyż mam prosty tulów i mogę patrzeć do przodu. Jedyny cel jaki miałem w tamtej chwili to dotrzeć do następnego punktu kontrolnego. Zatrzymuję się odpocząć, walczę sam ze sobą, muszę jechać . Droga wypłaszacza się, jakość nawierzchni poprawia, a ja w pozycji pionowej bez trzymania kierownicy pokonuję ostatnie kilkanaście kilometrów. Punkt kontrolny 16, Brzozów, godzina 1 w nocy. Zjadam ciepły pyszny Żurek, wypijam herbatkę i zajadam się pysznym ciastem przygotowanym przez wiejskie koło gospodyń. Podejmuje jedyną rozsądną decyzję w tej sytuacji. Idę spać w tym stanie nie mogę jechać a rano zobaczę co dalej. Zostało 100 km a mój limit czasu kończy się jutro o 20. Mam cały następny dzień by dojechać. Pieszo a dotrę do mety.  Nie nastawiam budzika, o której wstanę to pojadę, nie liczę już czasu, tylko byle ukończyć, a jeśli nie dam rady to trudno, tak też czasami bywa. Rano budzę się o 6,30. Pierwsze ruchy głowa, jest lepiej . Zjadam śniadanie wsiadam na rower i jadę. W Brzozowie wstąpiłem do apteki, kupiłem jakąś maść rozgrzewającą. Nasmarowałem i wymasowałem kark i powoli zmierzałem w stronę mety. Po kilku km znów sytuacja z wczoraj, nie mogę odchylić głowy w sumie nie mogę nią ruszać wcale. Zatrzymuję się, przestawiam lemondkę, obracam ja w swoją stronę, tak by w pozycji całkowicie pionowej trzymać kierownicę. Zmian tych ustawień  ułatwia mi jazdę, aerodynamika żadna pozycja jak na rowerze miejski ale mogę się tak przemieszczać. Ogólnie dobrze się czuje po odpoczynku nogi ładnie pracują, bez trudu podjeżdżam pod  najbardziej strome wzniesienia tylko ta szyja. Nigdy nie przypuszczałem że głowa ( nie psychika a jej mięśnie ) będą mym ograniczeniem . O 13 docieram na metę , po 53 godzinach drogi, ( czas samej jazdy 39 godz. i 24 min)  i pokonaniu 1030 km. Ogromna radość, euforia. Witają mnie na mecie inni kolarze oraz organizatorzy, wszyscy gratulują. Tutaj każdy jest zwycięzca. Otrzymuję pamiątkowy imienny medal, najcenniejszy w mojej dotychczasowej kolekcji. Nawet znalazłem duży plus tej sytuacji, gdyż najładniejszy fragment trasy pokonywałem w piękny poranek mogąc podziwiać wspaniałe widoki Bieszczad, a tak to bym jechał w nocy widząc tylko asfalt oświetlany mą latarką. Ultra maratony to pokonywanie  słabości, przesuwania granic możliwości  i rozbudowa własnej wartości. Poradziłem sobie w tak ekstremalnych warunkach to poradzę sobie z mniejszymi i większymi kłopotami dnia codziennego. Na trasie miałem 2 kryzysy, troszkę brakło doświadczenia ale zawsze musi być ten pierwszy raza co nas uczy. Resztę dnia odpoczywałem ciesząc się sukcesem i uzupełniając płyny chmielowym napojem. Wieczorem oficjalne zakończenie imprezy oraz podsumowanie Pucharu Polski w Ultramaratonach. Bardzo miła niespodzianka dal mnie, klasyfikuję się na 11 miejscu w cyklu a 10 jestem wśród mężczyzn. Otrzymuję pamiątkowy puchar. Kosztowało mnie  to 20 tyś km przejechanych kilometrów, setki godzin treningów i dziesiątki litrów potu. Lecz warto dla tych chwil dla wspomnieni . Droga była celem cel już jest osiągnięty.

Jan Parzybut

Sobota 8.05 start. Pierwsze 400km jechałem szybko (średnio ok. 29km/godz.), głównie dzięki dwóm czynnikom – sprzyjającemu wiatrowi oraz możliwości jazdy w grupie. Na czterechsetnym kilometrze, ok. 2 w nocy spróbowałem pierwszego dłuższego odpoczynku, mimo sporego zmęczenia nie mogłem zasnąć.

Następne 400 km to walka ze snem i zmęczeniem, do tego kilka godzin deszczu i zimno. Co trochę to krótkie przerwy na drzemke i odpoczynek

Niedziela ok. godziny 18 docieram do Starachowic gdzie podejmuję decyzję, że dalej nie dam rady jechać bez snu, przerwa trwa około 3 godziny, w tym mniej więcej godzina snu. Jadę dalej  i znów walka ze snem i zmęczeniem.

Majdan Królewski (814 km) to kolejna dłuższa przerwa na sen i odpoczynek. Dzięki temu ostatnie 200 km, mimo, że to góry, to jedzie mi się bardzo dobrze (a może to świadomość, że do końca tak niewiele). Od tego momentu zacząłem wyprzedzać innych kolarzy (poprzednio zazwyczaj byłem wyprzedzany przez innych).

Na ostatnim punkcie (45 km przed metą) usłyszałem relacje jednego z uczestników: „dwa lata temu ten odcinek jechałem 5,5 godziny, straszne podjazdy”. Mimo demotywujących słów był to dla mnie najfajniejszy odcinek, podjazdów nie brakowało, jednak wysiłek rekompensowały zjazdy zapewniające masę adrenaliny. Mój czas przejazdu ostatniego odcinka to 2 godziny 40 minut. Całość udało się ukończyć z czasem 58 godzin i 6 minut. Samej jazdy według licznika wyszło mi 44 godziny 34 minuty.To dało mi 158 miejsce na 361 startujących.

Na szczęście nie nabawiłem się żadnej poważnej kontuzji czy przeciążenia, ból mięśni w normie (po biegach na 100km czułem się dużo bardziej wypompowany), żeby nie było tak dobrze nabawiłem się zapalenia gardła.

Reasumując:

Puchar ukończyłem ostatecznie na ok. 25 miejscu (liczenie trwa), głownie dzięki temu, że startowałem we wszystkich czterech zawodach (Piękny Wschód – 510 km, Piękny Zachód – 545 km, Pierścień Tysiąca Jezior – 610 km i omawiany BBT – 1008 km).

       Kultowy ultramaraton kolarski BBT1008 chciałem poznać od środka i udało mi się to. Dystans dzienny powyżej 200-300 km to ani zdrowe, ani przyjemne, taka ciężka harówka na przetrwanie i sprawdzenie swoich możliwości. Biegowych ultramaratonów ukończyłem już około 80 i nadal mnie to kręci. Na ten moment jeden sezon startów w kolarskich maratonach ultra wystarczy. Może kiedyś na emeryturze, kiedy będę miał dużo czasu na treningi, regenerację i zdrowie pozwoli to spróbuję jeszcze raz.